
Kiedy Billy miał siedem miesięcy, wybraliśmy się z rodziną do hotelu, aby świętować Boże Narodzenie. Byliśmy pełni obaw, znając jego żywiołowy charakter i zamiłowanie do demolki. Na swoim koncie miał już obgryzione meble, zniszczoną kanapę i rozpracowanie szuflad, które nauczył się otwierać po to, aby móc ze środka wyciągać zawartość. Dodatkowo jest nam winien dwie dychy, które zjadł, a kolejna stówka zaginęła bezpowrotnie i śledztwo nie ujawniło winnych.
jest nam winien dwie dychy, które zjadł, a kolejna stówka zaginęła bezpowrotnie i śledztwo nie ujawniło winnych
Na miejsce przyjechaliśmy, jak zwykle, na ostatnią chwilę, więc nie było zbyt wiele czasu, żeby oswoić Billy’ego z nowym otoczeniem. Hotel najwyraźniej przypadł mu do gustu, bo pierwsze, co zrobił, to załatwił się na puchatym, białym dywanie w holu. Co ciekawe, był już wtedy nauczony czystości i wszystkie potrzeby załatwiał na dworze. Szybko posprzątaliśmy, Billy został odpowiednio pouczony i więcej takiego faux pas już nie popełnił.
W pokoju ustawiliśmy dla niego legowisko i rozrzuciliśmy zabawki, żeby miał jak najwięcej rzeczy kojarzących się z domem. Zabraliśmy też kamerkę, żeby podglądać, co robi pod naszą nieobecność.
Podczas kolacji wigilijnej z niepokojem zerkaliśmy na telefon. Na ekranie Billy biegał po pokoju i szczekał, jakby właśnie odkrył, że został porzucony na zawsze. Po kilku minutach się uspokoił, zwinął na legowisku i zasnął. Odetchnęliśmy z ulgą.
Kiedy jednak pospiesznie wróciliśmy do pokoju, klamka ani drgnęła. Pukaliśmy, wołaliśmy Billy’ego po imieniu – cisza. Zaczęliśmy się poważnie martwić, czy nic mu się nie stało.
Dopiero po interwencji pracownika recepcji udało się otworzyć drzwi. Billy przywitał nas radośnie, jak gdyby nigdy nic, a pokój okazał się w całkiem dobrym stanie. Zagadka szybko się wyjaśniła. Skacząc na drzwi, Billy przypadkiem uruchomił zamek i sam się w pokoju zamknął. Na szczęście drzwi pozostały całe.
Po tym wydarzeniu przestaliśmy zostawiać go samego w pokoju. Na posiłki chodziliśmy na zmiany – jedno z nas zawsze zostawało z Billym.
Czujność już nas nie opuszczała. W pokoju trzeba było pilnować, żeby nie zaczął kopać w dywanie albo brać się za kolejne sprzęty. Kapcie hotelowe padły jednak szybko. Billy uznał, że skoro są dla gości, to przecież jemu też się należą.

Reszta pobytu upłynęła już bez większych ekscesów – na długich spacerach po okolicznych lasach i wspólnym odpoczynku. Dziś hotel nie przyjmuje już psich gości. Mamy nadzieję, że nie mieliśmy z tym nic wspólnego.

